Zdjęcie dnia

20 Sty

Co za niespodzianka!

Moja zdjęcie z Broken Hill zostało „Zdjęciem Dnia” internetowego magazynu o podróżach Picsean! Zajrzyjcie na poniższy link i jeśli się Wam poboba naciśnijcie proszę „Lubię to” pod zdjęciem. Podobno jak nazbieram 75 ‚likes’ to magazyn wypłaci mi $15. Miło :)

Dzięki za wsparcie :)

Zdjęcie dnia na Picsean

Reklamy

Broken Hill, a w zasadzie okolice

10 Sty

Spodziewaliśmy się ciągnącej się po horyzont czerwieni. I im bardziej zbliżaliśmy się do Broken Hill tym bardziej byliśmy zdziwnieni, że tak jej mało. Zamiast czerwieni dominowała wypłowiała od słońca zieleń. Jak później dowiedzieliśmy się od lokalsów, deszczu spadło w tym roku tyle, że pustynia ożyła jak nigdy.

W pobliskim Silverstone, opuszczonym miasteczku słynnym z reklam piwa i filmu Priscilla – Queen of the Desert, miano kręcić kolejną część Mad Maxa, ale podobno producenci kazali czekać, że zieleń uschnie i znów zrobi się czerwono. Bo zieleń jakoś nie bardzo pasowała im do filmu, którego akcja zasadniczo dzieje się przecież na pustyni. Trudno się z tym nie zgodzić.

Zjechaliśmy większość lokalnych atrakcji, w tym niesamowite miejsce pod tytułem Sculpture Symposium, które jest kolekcją 12 rzeźb stworzonych w 1993 roku przez artystów z całego świata. Miejsce owo zyskało sobie miano najlepszej w okolicy miejscówki na oglądanie zachodu słońca. Zeszło się więc wieczorem trochę osób,  które z niezrozumiałych nam powodów przez dobre 20 minut gapiły się w rażące, zachodzące słońce, podczas gdy rzeźby magicznie zmieniały kolory. Wyglądało na to, że tylko my to zauważamy. Reszta skupiona była na robieniu zachodowi słońca zdjęć z fleszem.

Po dwóch nocach w Broken Hill wymyśliliśmy sobie, że pojedziem zobaczyć dwa okoliczne parki narodowe. Plan w 70% nie powiódł się. O czym będzie w następnym odcinku.

Droga

5 Sty

Celem było miasteczko Broken Hill. To dokładnie 1147km od Sydney.

Odkąd przyjechałam do Australii zawsze chciałam tam pojechać. Zobaczyłam kiedyś w necie zdjęcia z okolic Broken Hill i na tyle wpadły mi one w oko, że miejscówka ta wskoczyła na moją listę miejsc do zobaczenia.

Dojazd rozłożyliśmy sobie na dwa dni. Sydney pożegnało nas deszczem i niską jak na tę porę roku temperaturą 17 stopni. Dalej było jeszcze gorzej – w okolicach Gór Błękitnych trafiliśmy na gęstą mgłę, która jednak magicznie znikła jak tylko minęliśmy stolicę regionu, Katoombę. Dalej było już coraz cieplej, a niebo robiło się coraz bardziej niebieskie.

Zatrzymaliśm się na noc na kempingu w dziurze o nazwie Nyngan. Że kemping znajdował się nad rzeką to ledwo uszliśmy z życiem przed stadem komarów.

Następnego dnia ruszyliśmy z samego rana. Włączyliśmy GPSa tylko po to, żeby usłyszeć od niego Teraz jedź prosto przez 570km.

Więc jechaliśmy szeroką, pustą drogą, która wiła się przed nami w nieskończoność. A wokół otwarte przestrzenie aż po horyzont.

CDN

Tasmańska porażka

3 Sty

Zaczęło się bardzo zwyczajnie i nic nie wskazywało na to, że następnego dnia spotka nas taka niespodzianka. Samolot wystartował i wylądował punktualnie. Hostel w Launceston okazał się być przyjemny, choć koleś na recepcji był mało entuzjastyczny, co w zasadzie można mu było wybaczyć, bo wypadło mu pracować w pierwszy dzień świąt. Znaleźliśmy jedyny w okolicy czynny sklepik, kupiliśmy składniki na kolację, zjedliśmy i poszliśmy spać.

Rano o 10.00 miał do hostelu zostać dostarczony samochód, który zamówiliśmy ze dwa miesiące wcześniej. Wypożyczalnię znaleźliśmy w necie. Mała, lokalna firma, której wielkim plusem było to, że samochód można od nich wypożyczyć mniej więcej za połowę tego, co liczą sobie duże sieciowe wypożyczalnie. Sieciówki mają nowe samochody, których ubezpieczenie sporo kosztuje, a ta lokalna wypożyczania miała do dyspozycji trochę starsze samochody. Starsze, w sensie mniej więcej 10-15-letnie.

Gdzieś około 9.00 telefon. Koleś z wypożyczalni mówi, że z pewnych przyczyn – od nich niezależnych – samochód, który zamówiliśmy nie jest dostępny. Nie musimy się jednak o nic martwić, bo znaleźli dla nas samochód zastepczy. Tu usłyszeliśmy listę zalet owego samochodu – nowe opony oraz raptem 65tys km na liczniku. Koleś pośpiesznie rzucił także, że samochód jest z tych starszych.

Kilka minut po 10.00 pojawił się koleś z samochodem. Opony być może były nowe, ale szybko okazało się, że miał to być jedyny atut owego pojazdu. Na pytanie o wiek auta koleś odpowiedział, że samochód ma jakieś 18 lat. Wystarczył jednak jeden rzut oka, żeby wiedzieć, że to nie prawda, i że o wiele bardziej realistyczna jest liczba 28 (co później otwierdziły poszukiwania w necie). Po prostu stary grat. Powiedziedzieliśmy, że nie jesteśmy zadowoleni, bo to jednak dosyć inny samochód od tego który zamówiliśmy. W planach był między innymi wyjazd do parku narodowego w górach, więc potrzeba nam był czegoś, na czym można trochę bardziej polegać. Koleś powiedział więc, że wróci do biura, wykona kilka telefonów i postara się nam znaleźć inny samochód. Miał nam w ciągu kilkunastu minut dać znać co i jak.

45 minut później nadal nikt do nas nie zadzwonił. Na tym etapie naiwnie myśleliśmy, że koleś po prostu ciężko kombinuje nad samochodem dla nas. Zadzwoniłam zapytać jak mu idzie. Telefon odebrała jakaś paniusia, która oznajmiła, że ponieważ samochód nam się nie podobał to dano go innemu klientowi, a koleś, który nas obsługiwał jest nieosiągalny. Paniusia nie potrafiła wyjaśnić dlaczego anulowano naszą rezerwację bez skonsultowania tego z nami. Po dwóch dosyć impulsywnych rozmowach, w czasie których próbowaliśmy uzyskać od kobiety coś więcej niż tylko I can’t help you dotarło do nas, że zostaliśmy wystrychnięci na dudka.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie innego samochodu w innej wypożyczalni. Nie wiem w ile miejsc zadzwoniliśmy. Po obdzwonieniu wszystkich możliwych opcji w Launceston przyszła kolej na Hobart i Davenport. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale NIKT NIGDZIE nie miał wolnego auta. Ja wiem, że to szczyt sezonu na Tasmanii, ale żeby nie było ani jednego wolnego auta? Wyglądało na to, że taka właśnie jest sytuacja. Opcja jeżdżenia po wyspie autobusami bardzo szybko odpadła – w planie było nurkowanie, wędkowanie, trekingi. Autobus by nas w te wszystkie miejsca nie dowiózł. No i dochodził do tego jeszcze fakt, że mieliśmy te wszystkie rzeczy robić ze znajomymi, którzy w czasie naszej udręki znajdowali się na promie, który wiózł ich na Tasmanię z Melbourne. Nie można się było z nimi skontaktować, a nawet jakby się dało, to nic by z tego nie wynikło. I tak nie mieli w samochodzie miejsca dla dwóch dodatkowych osób.

Siedzenie w Launceston nie miało więc sensu. Zebraliśmy się więc na lotnisko, i w 24 godziny po wjeździe z domu, byliśmy tam znowu…

Przed nami było jednak 8 wolnych dni. Nie mieliśmy zamiaru spędzić ich tkwiąc w Sydney. Wypożyczyliśmy więc samochód (tym razem z pewnego miejsca) i pojechaliśmy w najbardziej improwizowane wakacje jakie było nam dotąd razem odbyć.

Pojechaliśmy na australijski road trip.

CDN

Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

23 Gru

Przedstawienie Lights of Christmas, Sydney

W Polsce piękne, białe święta, a tu słońce. Choć w tym roku raczej mało upalnie, co w sumie zupełnie mi nie przeszkadza. Tak czy siak, klimat mało świąteczny.

Bez względu jednak na to jaka pogoda jest w miejscu, z którego to czytasz, życzę Ci cudownych Świąt Bożego Narodzenia. Niech będą spokojne, rodzinne i wyjątkowe.

A 2011 niech będzie rokiem, w którym spełnią się Twoje największe marzenia*

W sobotę wybywam na Tasmanię, więc widzimy sie w przyszłym roku :)

____________________________________________________________

* Jedną z najważniejszych rzeczy jakich nauczyła mnie niedawna podróż jest to, że aby marzenia się spełniły, nie wystarczy o nich fantazjować. Trzeba działać. Więc działaj, a na pewno marzenia okażą się bardziej realne!