Archiwum | sport RSS feed for this section

Gonitwa, Która Wstrzymuje Naród…

2 List

… czyli Melbourne Cup

Najpierw kilka suchych  faktów. Pierwszy Melbourne Cup odbył się w 1861 roku. To gonitwa na dystansie 3200m, w której biorą udział konie trzyletnie i starsze. Uważana jest za najbardziej prestiżową gonitwę na tym dystansie  na świecie. Melbourne Cup odbywa się zawsze w pierwszy wtorek listopada. W stanie Wiktoria jest to dzień wolny od pracy (co reszta kraju uważa oczywiście za wielką niesprawiedliwość).

Gonitwa trwa niecałe 3 minuty, ale i tak paraliżuje cały kraj, i to na trochę dłużej niż te kilka minut. Samo wydarzenie i wszystko co ma z nim związek (czyli moda i zakłady, o czym później) to coś, co dosyć trudno ogarnąć przy pierwszym podejściu. Muszę przyznać, że  przez pierwsze dwa lata w Australii w duchu trochę śmiałam się z z Australijczyków i ich przejęcia tym wszystkim. Dla obywatela kraju z ponad 1000-letnia historią i tradycją takie ‚święta’ wydają się być mało istotne. Teraz już się nie śmieję, choć to wcale nie znaczy, że mnie gorączka Melbourne Cup także złapała. Nauczyłam się, że tym się różni młody naród od narodu z długą historią, że na innych wartościach zbudowana jest jego kultura. I niech nikt przypadkiem nie wypada ze stwierdzeniem, że nie ma w Australii kultury. Jest, tylko zasadniczo różni się od tej w starej Europie czy Azji.

Dwa elementy nieodłącznie związane z Melbourne Cup to moda i zakłady. Najpierw o modzie. Generalnie chodzi o to, żeby się wyróżnić. Kobiety kupują więc wypaśnie sukienki za setki $, do których trzeba mieć nowe, pasujące buty (i to nie takie, które są stworzone do chodzenia, tylko do wyglądania modnie), no i koniecznie kapelusz. Im bardziej dziwaczny tym lepiej. Panowie zakładają na ten dzień eleganckie, najlepiej designerskie garnitury, modne krawaty, a niektórzy także kapelusze. Nie, nie wszyscy panowie i nie wszystkie panie. Przede wszystkim ci (i te), którzy idą oglądać gonitwę na żywo, albo ci (i te) którzy np. w Sydney jadą na tor wyścigowy na Randwick, żeby zobaczyć ją na wielkim monitorze. Ale także na ulicy w centrum miasta widzi się w dniu gonitwy wystrojone cudacznie kobiety.

Obsesja na punkcie wyścigowej mody jest tak wielka, że wybiera się najlepszą kreacją na torze, na którym odbywa się wyścig (Flemington Race Course). Ale nie tylko tam. Dziś u mnie w pracy też wybierano najlepszą ‚wyścigową’ kreację… A po ilości poprzebieranych kobiet na ulicach wnioskuję, że w innych firmach było podobnie.

Druga obsesja to zakłady. Gonitwę obstawiają prawie wszyscy. Nagle każdy staje się ekspertem w dziedzinie wyścigów konnych, prowadzone są dyskusje nad tym, którego konia obstawić, kto ma jakie szanse itd. W dzień gonitwy bukmacherzy mają ręce pełne roboty. W centrum Sydney, na Martin Place, był dziś rozstawiony wielki namiot, w którym można było obstawić gonitwę. O 8.30 rano namiot był pełny. Mini-zakłady organizuje dla swoich pracowników chyba prawie każda firma. Za $2 czy $5 losuje się jednego konia, a zwycięzca zgarnia całą pulę.

To, że tylko Wiktoria ma w tym dniu wolny dzień, wcale nie znaczy, że reszta kraju nie ma możliwości zobaczenia gonitwy. Nic z tych rzeczy. W biurach wystawia się telewizory, wszyscy przełączają telefony na pocztę głosową, i przez co najmniej godzinę świętują  (gonitwa trwa 3 minuty – pozostały czas spędza się na popijaniu winka/piwa/szampana na koszt firmy). Jeśli w biurze nie ma telewizora to wychodzi się do najbliższego pubu. Bez względu na okoliczności każdy kto ma jakąkolwiek szansę na dostanie się w pobliże telewizora robi to.

A następnego dnia wszystko wraca do normy.

p.s. Fotograficzna relacja jest tutaj. Polecam ją choćby po to, żeby zobaczyć stroje.

Reklamy

Jump

19 Paźdź

Bondi Skate Park, Bondi Beach

Finał

3 Paźdź

A w zasadzie dwa finały. Ani jeden, ani drugi zupełnie nie robią na mnie wrażenie, ale że Australia niczym innym teraz się nie interesuje to pomyślałam, że coś o nich wspomnę.

Więc chodzi o finałowe mecze AFL i NRL. AFL to Australian Football League, a NRL to National Rugby League. Moja ignorancja w kwestii sportów popularnych w Australii nieco się zmniejszyła w porównaniu ze stanem sprzed kilku lat – choć nadal jest ona ogromna – bo wiem już na przykład, że to pierwsze to australijska odmiana futbolu, a to drugie to odmiana rugby. Wcześniej oba sporty były dla mnie identyczne i nie byłam w stanie w żaden sposób zauważyć między nimi różnicy.

Na dzień dzisiejszy rozróżniam je przede wszystkim poprzez to jak ubrani są zawodnicy. W AFL noszą koszulki bez rękawów i przykrótkie spodenki, co na wielu lokalnych przedstawicielkach płci pięknej robi wielkie wrażenie, a dla mnie wygląda dosyć zabawnie. W NRL ubierają się ciut mniej skąpo. Druga różnica, którą coraz bardziej zauważam jest taka, że w AFL piłkę od czasu do czasu się kopie, podczas gdy w NRL głównie się z nią biega, tudzież się nią rzuca.

W AFL i NRL nie nosi się żadnych ochraniaczy, kasków i innych wynalazków jakimi opatulają się zawodnicy amerykańskiego futbolu, zawodnicy strasznie dużo i bardzo szybko biegają, ciągle na siebie wpadają i mimo to, że ani jedna z tych gier nie potragi mnie zanteresować na dłużej niż 10 sekund, to muszę przyznać, że chłopaki mają formę i trzeba ich za nią podziwiać.

Jeśli chodzi o populaność to oba sporty mają swoich zwolenników w całym kraju, przy czym AFL ma status religii w stanie Wiktoria, a NRL w Nowej Południowej Walii. Ludzie namiętnie chodzą na mecze, mają swoje ulbione drużyny i generalnie bardzo się angażują emocjonalnie, ale ci kibice niewiele mają wspólnego z kibicami piłki nożej w Europie i Ameryce Południowej. Podstawowa różnica jest taka, że w Australii chodzi się na mecze po to, żeby je oglądać (a nie żeby walczyć z kibicami drużyny przeciwnej) i dlatego na stadionach zjawiają się całe rodziny, w tym małe dzieci i leciwi dziadkowie.

Jest jeszcze Rugby Union, ale nie pytajcie czym to się różni od tych opisanych powyżej, bo wiem na ten temat tyle co na temat fizyki kwantowej.

W każdym razie sezon się właśnie skończył. Wczoraj w finałowym meczu ligii AFL wygrał klub Collingwood, a dziś w NRL mistrzostwo zdobyli Dragons.

Dres jest wart świeczki

1 Paźdź

Znów nie o Australii tylko o Indiach. Ale że tyle się tu o nich teraz mówi z powodu Commonwealth Games, to nie mogę się powstrzymać.

Taką informację wyczytałam wczoraj w gazecie: prawie połowa z 22 tysięcy wolontariuszy, którzy zgłosili się do obsługi Commonwealth Games w Delhi, wycofała się ze zobowiązania na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy. Podejrzewa się, że spora część z nich zgłosiła się tylko po to, żeby dostać darmowy zestaw ubrań składający się z dwóch dresów, butów i czegoś tam jeszcze….

Dlaczego w ogóle nie dziwi mnie ta sytuacja???

Indie na celowniku

27 Wrz

W Australii mało mówi i pisze się o tym, co dzieje się poza krajem. Nie wiem czy to taki egocentryzm, czy też może odległość od reszty świata sprawia, że Australijczycy interesją się głównie tym, co dzieje się na lokalnym podwórku. I najlepiej żeby to miało związek ze sportem.

Mimo to od jakiegoś tygodnia tematem numer dwa w lokalnych mediach są Indie, a dokładnie Delhi (temat numer jeden to finały Australian Football League i National Rugby League). Delhi jest na językach, bo za dokładnie sześć dni rozpoczynają się tam tzw. Commonwealth Games. To coś na wzór letniej olimpiady, ale biorą w tym udział tylko kraje członkowskie Commonwealth of Nations, czyli w praktyce byłe brytyjskie kolonie. Jest tego 54 kraje. Impreza odbywa się co cztery lata, ostatnio była w Melbourne, a w tym roku trafiło na Delhi. I to jest właśnie problem. Indusi obiecywali, że będzie równie pięknie jak było poprzednio w Melbourne, że te Games będą dla nich tym, czym Olimipada w 2008 roku była dla Chin. Jak to często bywa w Indiach na gadaniu się skończyło.

Tak się złożyło, że byliśmy w Delhi w połowie lipca, czyli dwa i pół miesiąca przed rozpoczęciem imprezy, i Delhi w niektórych miejscach wyglądało jakby Games miały się rozpocząć za dwa lata, a nie za dziesięć tygodni. Więc nie jestem bardzo zdziwiona, gdy widzę jak Australijskie media z przerażeniem informują o tym, że w Delhi zerwała się kładka przy stadionie, że część sufitu w jednej z hal spadła na ziemię, albo że wioska olimpijska jest tak zasyfiona, że chyba tylko Indusowi by to nie przeszkadzało.

Do tego są problemy z obsługą imprezy z punktu widzenia bezpieczeństwa – pewien reporter australijskiej telewizji kupił w Delhi  w kilka godzin wszystko, co jest potrzebne do zbudowania bomby, po czym zapakowawszy to wszystko w wielką walizkę, przeszedł przez kilka punktów kontrolnych przy jednym z obiektów sportowych, przez nikogo nie zaczepiany.

Ciekawe co będzie ludzi bardziej ekscytować – walka o medale, czy czekanie na kolejny skandal, albo (odpukać) nieszczęście.