Archiwum | podróże RSS feed for this section

Podróże kształcą

23 Sty

Mówi się, że podróże kształcą i jest to święta prawda. Także nasza krótka i maksymalnie improwizowana road trip przez odludzia Nowej Południowej Walii nauczyła nas kilku rzeczy.

Po pierwsze, lato to zdecydowanie nie jest dobra pora na wyjazd na outback. Nie dość, że gorąco to w dodatku populacja komarów tak w tym okresie gęstnieje, że momentami człowiek czuje się osaczony. Jednego wieczoru odjechaliśmy kawałek od kempingu, żeby zrobić zdjęcia gwiazdom (plan się nie powiódł, bo przyszły chmury) i gdy tak siedzieliśmy sobie cichutko w samochodzie czekając aż zrobi się zupełnie ciemno, doznaliśmy szoku, gdy ciszę kompletnie zagłuszyło głośnie bzykanie milionów komarów.

Po drugie, miniaturowy samochód w stylu Hyundaya Getz jaki sobie wypożyczyliśmy, sprawdza się tak długo jak długo pozostaje się na drogach z asfaltową powierzchnią. A Outback ma to do siebie, że spora część dróg takowej nawierzchni nie posiada.

Kombinacja tych dwóch rzeczy – upał i niewłaściwy samochód – sprawiły, że nie udało nam się zobaczyć tego co co wymyśliliśmy, że chcemy zobaczyć, czyli dwóch parków narodowych – Kinchenga oraz Mungo. Do Kinchenga nawet wjechaliśmy i zostaliśmy w nim kilka godzin, ale stan dróg nie pozwolił nam na zobaczenie w parku wszystkiego na co mieliśmy ochotę. Do Munga nie pojechaliśmy w ogóle. Bo gdy rano zjawliśmy się w informacji turystycznej miasteczka Wentworth (najbliższa od parku dziura) i usłyszeliśmy w co się pakujemy, to postanowliśmy dać sobie spokój. Ponad 100km dojazdu drogą bez nawierzchni, na miejscu żadnej infrastruktury, żadnego pracownika parku narodowego, ba – żadnego cienia. No i temperatury w granicach 45 stopni. Szczególnie ten brak cienia dał nam do myślenia, bo planowaliśmy w parku rozbić namiot i zostać tam na noc. Więc Mungo sobie odpuściliśmy.

Ale i tak było super :) Bo dzięki oszczędzeniu jednego dnia zobaczyliśmy jak się strzyże owce, o czym będzie w następnym odcinku.

Park Narodowy Kinchenga

Wydmy Perry w okolicach miasteczka Wentworth

Rzeka Murray, okolice Mildury

Okolice Hay

Zdjęcie dnia

20 Sty

Co za niespodzianka!

Moja zdjęcie z Broken Hill zostało „Zdjęciem Dnia” internetowego magazynu o podróżach Picsean! Zajrzyjcie na poniższy link i jeśli się Wam poboba naciśnijcie proszę „Lubię to” pod zdjęciem. Podobno jak nazbieram 75 ‚likes’ to magazyn wypłaci mi $15. Miło :)

Dzięki za wsparcie :)

Zdjęcie dnia na Picsean

Broken Hill, a w zasadzie okolice

10 Sty

Spodziewaliśmy się ciągnącej się po horyzont czerwieni. I im bardziej zbliżaliśmy się do Broken Hill tym bardziej byliśmy zdziwnieni, że tak jej mało. Zamiast czerwieni dominowała wypłowiała od słońca zieleń. Jak później dowiedzieliśmy się od lokalsów, deszczu spadło w tym roku tyle, że pustynia ożyła jak nigdy.

W pobliskim Silverstone, opuszczonym miasteczku słynnym z reklam piwa i filmu Priscilla – Queen of the Desert, miano kręcić kolejną część Mad Maxa, ale podobno producenci kazali czekać, że zieleń uschnie i znów zrobi się czerwono. Bo zieleń jakoś nie bardzo pasowała im do filmu, którego akcja zasadniczo dzieje się przecież na pustyni. Trudno się z tym nie zgodzić.

Zjechaliśmy większość lokalnych atrakcji, w tym niesamowite miejsce pod tytułem Sculpture Symposium, które jest kolekcją 12 rzeźb stworzonych w 1993 roku przez artystów z całego świata. Miejsce owo zyskało sobie miano najlepszej w okolicy miejscówki na oglądanie zachodu słońca. Zeszło się więc wieczorem trochę osób,  które z niezrozumiałych nam powodów przez dobre 20 minut gapiły się w rażące, zachodzące słońce, podczas gdy rzeźby magicznie zmieniały kolory. Wyglądało na to, że tylko my to zauważamy. Reszta skupiona była na robieniu zachodowi słońca zdjęć z fleszem.

Po dwóch nocach w Broken Hill wymyśliliśmy sobie, że pojedziem zobaczyć dwa okoliczne parki narodowe. Plan w 70% nie powiódł się. O czym będzie w następnym odcinku.

Droga

5 Sty

Celem było miasteczko Broken Hill. To dokładnie 1147km od Sydney.

Odkąd przyjechałam do Australii zawsze chciałam tam pojechać. Zobaczyłam kiedyś w necie zdjęcia z okolic Broken Hill i na tyle wpadły mi one w oko, że miejscówka ta wskoczyła na moją listę miejsc do zobaczenia.

Dojazd rozłożyliśmy sobie na dwa dni. Sydney pożegnało nas deszczem i niską jak na tę porę roku temperaturą 17 stopni. Dalej było jeszcze gorzej – w okolicach Gór Błękitnych trafiliśmy na gęstą mgłę, która jednak magicznie znikła jak tylko minęliśmy stolicę regionu, Katoombę. Dalej było już coraz cieplej, a niebo robiło się coraz bardziej niebieskie.

Zatrzymaliśm się na noc na kempingu w dziurze o nazwie Nyngan. Że kemping znajdował się nad rzeką to ledwo uszliśmy z życiem przed stadem komarów.

Następnego dnia ruszyliśmy z samego rana. Włączyliśmy GPSa tylko po to, żeby usłyszeć od niego Teraz jedź prosto przez 570km.

Więc jechaliśmy szeroką, pustą drogą, która wiła się przed nami w nieskończoność. A wokół otwarte przestrzenie aż po horyzont.

CDN

Tasmańska porażka

3 Sty

Zaczęło się bardzo zwyczajnie i nic nie wskazywało na to, że następnego dnia spotka nas taka niespodzianka. Samolot wystartował i wylądował punktualnie. Hostel w Launceston okazał się być przyjemny, choć koleś na recepcji był mało entuzjastyczny, co w zasadzie można mu było wybaczyć, bo wypadło mu pracować w pierwszy dzień świąt. Znaleźliśmy jedyny w okolicy czynny sklepik, kupiliśmy składniki na kolację, zjedliśmy i poszliśmy spać.

Rano o 10.00 miał do hostelu zostać dostarczony samochód, który zamówiliśmy ze dwa miesiące wcześniej. Wypożyczalnię znaleźliśmy w necie. Mała, lokalna firma, której wielkim plusem było to, że samochód można od nich wypożyczyć mniej więcej za połowę tego, co liczą sobie duże sieciowe wypożyczalnie. Sieciówki mają nowe samochody, których ubezpieczenie sporo kosztuje, a ta lokalna wypożyczania miała do dyspozycji trochę starsze samochody. Starsze, w sensie mniej więcej 10-15-letnie.

Gdzieś około 9.00 telefon. Koleś z wypożyczalni mówi, że z pewnych przyczyn – od nich niezależnych – samochód, który zamówiliśmy nie jest dostępny. Nie musimy się jednak o nic martwić, bo znaleźli dla nas samochód zastepczy. Tu usłyszeliśmy listę zalet owego samochodu – nowe opony oraz raptem 65tys km na liczniku. Koleś pośpiesznie rzucił także, że samochód jest z tych starszych.

Kilka minut po 10.00 pojawił się koleś z samochodem. Opony być może były nowe, ale szybko okazało się, że miał to być jedyny atut owego pojazdu. Na pytanie o wiek auta koleś odpowiedział, że samochód ma jakieś 18 lat. Wystarczył jednak jeden rzut oka, żeby wiedzieć, że to nie prawda, i że o wiele bardziej realistyczna jest liczba 28 (co później otwierdziły poszukiwania w necie). Po prostu stary grat. Powiedziedzieliśmy, że nie jesteśmy zadowoleni, bo to jednak dosyć inny samochód od tego który zamówiliśmy. W planach był między innymi wyjazd do parku narodowego w górach, więc potrzeba nam był czegoś, na czym można trochę bardziej polegać. Koleś powiedział więc, że wróci do biura, wykona kilka telefonów i postara się nam znaleźć inny samochód. Miał nam w ciągu kilkunastu minut dać znać co i jak.

45 minut później nadal nikt do nas nie zadzwonił. Na tym etapie naiwnie myśleliśmy, że koleś po prostu ciężko kombinuje nad samochodem dla nas. Zadzwoniłam zapytać jak mu idzie. Telefon odebrała jakaś paniusia, która oznajmiła, że ponieważ samochód nam się nie podobał to dano go innemu klientowi, a koleś, który nas obsługiwał jest nieosiągalny. Paniusia nie potrafiła wyjaśnić dlaczego anulowano naszą rezerwację bez skonsultowania tego z nami. Po dwóch dosyć impulsywnych rozmowach, w czasie których próbowaliśmy uzyskać od kobiety coś więcej niż tylko I can’t help you dotarło do nas, że zostaliśmy wystrychnięci na dudka.

Rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie innego samochodu w innej wypożyczalni. Nie wiem w ile miejsc zadzwoniliśmy. Po obdzwonieniu wszystkich możliwych opcji w Launceston przyszła kolej na Hobart i Davenport. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale NIKT NIGDZIE nie miał wolnego auta. Ja wiem, że to szczyt sezonu na Tasmanii, ale żeby nie było ani jednego wolnego auta? Wyglądało na to, że taka właśnie jest sytuacja. Opcja jeżdżenia po wyspie autobusami bardzo szybko odpadła – w planie było nurkowanie, wędkowanie, trekingi. Autobus by nas w te wszystkie miejsca nie dowiózł. No i dochodził do tego jeszcze fakt, że mieliśmy te wszystkie rzeczy robić ze znajomymi, którzy w czasie naszej udręki znajdowali się na promie, który wiózł ich na Tasmanię z Melbourne. Nie można się było z nimi skontaktować, a nawet jakby się dało, to nic by z tego nie wynikło. I tak nie mieli w samochodzie miejsca dla dwóch dodatkowych osób.

Siedzenie w Launceston nie miało więc sensu. Zebraliśmy się więc na lotnisko, i w 24 godziny po wjeździe z domu, byliśmy tam znowu…

Przed nami było jednak 8 wolnych dni. Nie mieliśmy zamiaru spędzić ich tkwiąc w Sydney. Wypożyczyliśmy więc samochód (tym razem z pewnego miejsca) i pojechaliśmy w najbardziej improwizowane wakacje jakie było nam dotąd razem odbyć.

Pojechaliśmy na australijski road trip.

CDN