Archive | aussie way RSS feed for this section

Big things

9 Lu

Australia to bardzo duży kraj, który w dodatku pełen jest dużych rzeczy. Zaczęło się od Dużego Szkota w Adelaidzie, znanego popularnie jako Scotty. Zbudowano go w 1963 roku w celu spopularowyzownia hotelu, na którym owy Scotty do dziś stoi. Rok później zbudowano Wielkiego Banana w Coffs Harbour. Od tego czasu duże rzeczy zaczęły wysypywać się w Australii jak grzyby po deszczu. Dziś jest ich około 150, a wśród nich takie cuda jak Duża Krewetka, Duży Ananas, Duża Gitara, Duży Koala, Duża Pomarańcza, Duża Mrówka, Duża Ławka (zdjęcie poniżej – ławka jest w Broken Hill), Duża Lampa Górnicza, Duża Rakieta Tenisowa itp itd.

Zastanawiacie się pewnie w jakim celu powstały te wszystkie konstrukcje.  Prosta sprawa. Dzięki Dużym Krokodylom-Bokserom, Dużym Krabom i innym Dużym Kiełbasom wielu wsiom i dziurom udało się wejść na listę miejsc wartych zobaczenia (choć tu oczywiście jest kwestia tego, co dla kogo jest warte zobaczenia). Każda mieścina, wieś i dziura, w której nie było żadnych atrakcji turystycznych zasiadła więc przy stole i myślała co też takiego ma w okolicy, z czym się kojarzy, czy też z czego słynie, i to właśnie postawiła przy głównej drodze, oczywiście w skali znacznie większej niż 1 do 1. Te wszystkie Duże Cuda stały się lokalną atrakcją, często jedyną jaką dana mieścina posiada. Postawiono przy nich kawiarnie, restauracje i sklepiki z badziewnymi pamiątkami made in China, i kasa się robi. Gdy nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze…

Pełna lista Dużych Rzeczy wraz ze zdjęciami jest dostępna tutaj.

Woggan-ma-gule

26 Sty

Ceremonia Woggan-ma-gule, Dzień Australii, Sydney.

Gonitwa, Która Wstrzymuje Naród…

2 List

… czyli Melbourne Cup

Najpierw kilka suchych  faktów. Pierwszy Melbourne Cup odbył się w 1861 roku. To gonitwa na dystansie 3200m, w której biorą udział konie trzyletnie i starsze. Uważana jest za najbardziej prestiżową gonitwę na tym dystansie  na świecie. Melbourne Cup odbywa się zawsze w pierwszy wtorek listopada. W stanie Wiktoria jest to dzień wolny od pracy (co reszta kraju uważa oczywiście za wielką niesprawiedliwość).

Gonitwa trwa niecałe 3 minuty, ale i tak paraliżuje cały kraj, i to na trochę dłużej niż te kilka minut. Samo wydarzenie i wszystko co ma z nim związek (czyli moda i zakłady, o czym później) to coś, co dosyć trudno ogarnąć przy pierwszym podejściu. Muszę przyznać, że  przez pierwsze dwa lata w Australii w duchu trochę śmiałam się z z Australijczyków i ich przejęcia tym wszystkim. Dla obywatela kraju z ponad 1000-letnia historią i tradycją takie ‚święta’ wydają się być mało istotne. Teraz już się nie śmieję, choć to wcale nie znaczy, że mnie gorączka Melbourne Cup także złapała. Nauczyłam się, że tym się różni młody naród od narodu z długą historią, że na innych wartościach zbudowana jest jego kultura. I niech nikt przypadkiem nie wypada ze stwierdzeniem, że nie ma w Australii kultury. Jest, tylko zasadniczo różni się od tej w starej Europie czy Azji.

Dwa elementy nieodłącznie związane z Melbourne Cup to moda i zakłady. Najpierw o modzie. Generalnie chodzi o to, żeby się wyróżnić. Kobiety kupują więc wypaśnie sukienki za setki $, do których trzeba mieć nowe, pasujące buty (i to nie takie, które są stworzone do chodzenia, tylko do wyglądania modnie), no i koniecznie kapelusz. Im bardziej dziwaczny tym lepiej. Panowie zakładają na ten dzień eleganckie, najlepiej designerskie garnitury, modne krawaty, a niektórzy także kapelusze. Nie, nie wszyscy panowie i nie wszystkie panie. Przede wszystkim ci (i te), którzy idą oglądać gonitwę na żywo, albo ci (i te) którzy np. w Sydney jadą na tor wyścigowy na Randwick, żeby zobaczyć ją na wielkim monitorze. Ale także na ulicy w centrum miasta widzi się w dniu gonitwy wystrojone cudacznie kobiety.

Obsesja na punkcie wyścigowej mody jest tak wielka, że wybiera się najlepszą kreacją na torze, na którym odbywa się wyścig (Flemington Race Course). Ale nie tylko tam. Dziś u mnie w pracy też wybierano najlepszą ‚wyścigową’ kreację… A po ilości poprzebieranych kobiet na ulicach wnioskuję, że w innych firmach było podobnie.

Druga obsesja to zakłady. Gonitwę obstawiają prawie wszyscy. Nagle każdy staje się ekspertem w dziedzinie wyścigów konnych, prowadzone są dyskusje nad tym, którego konia obstawić, kto ma jakie szanse itd. W dzień gonitwy bukmacherzy mają ręce pełne roboty. W centrum Sydney, na Martin Place, był dziś rozstawiony wielki namiot, w którym można było obstawić gonitwę. O 8.30 rano namiot był pełny. Mini-zakłady organizuje dla swoich pracowników chyba prawie każda firma. Za $2 czy $5 losuje się jednego konia, a zwycięzca zgarnia całą pulę.

To, że tylko Wiktoria ma w tym dniu wolny dzień, wcale nie znaczy, że reszta kraju nie ma możliwości zobaczenia gonitwy. Nic z tych rzeczy. W biurach wystawia się telewizory, wszyscy przełączają telefony na pocztę głosową, i przez co najmniej godzinę świętują  (gonitwa trwa 3 minuty – pozostały czas spędza się na popijaniu winka/piwa/szampana na koszt firmy). Jeśli w biurze nie ma telewizora to wychodzi się do najbliższego pubu. Bez względu na okoliczności każdy kto ma jakąkolwiek szansę na dostanie się w pobliże telewizora robi to.

A następnego dnia wszystko wraca do normy.

p.s. Fotograficzna relacja jest tutaj. Polecam ją choćby po to, żeby zobaczyć stroje.

Niesłychane

11 Paźdź

Nie przestaje mnie zadziwiać ten kraj nawet po 4 latach.

1. Dziś w pracy dostałam (wszyscy inni też) e-mail od jednej z pracownic o mniej więcej takiej treści:

Znalazłam przy windzie $10. Kto zgubił niech się zgłosi. Jak nikt się nie zgłosi do końca tygodnia to przekażę pieniądze na moją ulubioną organizację charytatywną.

2. Poszłam do biblioteki i z roztargnienia zostawiłam tam kurtkę z iPodem w kieszeni. Zorientowałam się dopiero wieczorem, kiedy chciałam nastawić budzik na iPodzie. Następnego dnia kurtka i iPod grzecznie czekały na mnie u bibliotekarki.

Wow!

Reszta

29 Wrz

Byłam dziś świadkiem takiej sytuacji:

Ogromne centrum zdrowia specjalizujące się w badaniach wymaganych do wizy. Codziennie przewija się przez nie kilkaset osób. Przy jednym ze stanowisk rejestracji pracownica gorączkowo próbuje się skontaktować z pacjenteką odbsłużoną wcześniej. Kilka razy dzowni, ale bez sukcesu. W końcu dodzwania się do jej agenta emigracyjnego i zostawia wiadomość. Wiadomość jest taka, że pacjetka zapomniała zabrać swojej reszty. Ta reszta to $8 (przy prawie $300 jakie zapłaciła za usługę).

Aż mnie świerzbi, żeby napisać, że w Polsce coś takiego by się chyba nie wydarzyło – że nikomu nie chciałoby się wydzwaniać za klientem, który zapomniał niewielkiej reszty – ale pewnie zaraz ktoś mnie oskarży o brak uczuć patriotycznych albo robienie Polsce złej prasy….

%d blogerów lubi to: