Archiwum | 9 rzeczy RSS feed for this section

Po szóste – dlaczego wszyscy są tacy autentycznie życzliwi?

16 Gru

Po szóste – dlaczego wszyscy są tacy autentycznie życzliwi? Na każde dziękuję, odpowiadają „No worries” („Nie ma sprawy”). Kiedy pytam na ulicy o drogę, dostaję wybór: „woli iść Pani skrótem, czy dłuższą trasą, ale za to z ładniejszymi widokami?” . Pracownik metra odprowadza mnie na sam peron, żeby nie zgubiła się w meandrze korytarzy.

Różni ludzie mają na ten temat różne teorie. I jakoś tak się składa, że ci pochodzący z krajów, gdzie bycie miłym niekoniecznie jest normą, twierdzą, że to wszystko to pozerstwo i udawanie. Że ta australijska życzliwość jest sztuczna i wymuszona.

Moja teoria jest inna. Głęboko wierzę w to, że na nasze samopoczucie ogromny wpływ ma pogoda. Im więcej słońca tym jesteśmy bardziej zadowoleni i więcej się uśmiechamy. Jestem pewna, że coś w tym jest. A że tak się składa, że w Australii słońca i dobrej pogody raczej nie brakuje, to  ludziom jakoś łatwiej dostrzec to co pozytywne. Więc są mili, uśmiechnięci, pomocni i życzliwi.

Oczywiście nie wszyscy. Bo nawet w takim pozytywnym społeczeństwie jak to w Australii trafiają się marudy, buraki i frustraci. Jednak zdecydowanie rzadziej się tu na takie typy wpada niż na przykład w niekoniecznie idealnej strefie klimatycznej Europy Środkowo-Wschodniej.

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze
Po drugie
Po trzecie
Po czwarte
Po piąte

Reklamy

Po piąte – dlaczego ci ludzie nie są w pracy?

17 List

Po piąte – w południe, w parku grupki ludzi rozsiadają się na trawie, jedzą lunch, widać, że wyskoczyli z pracy. Po 45 minutach siedzą dalej. Nie śpieszą się z powrotem. Na plaży w Bondi o 16.00 w powszedni dzień 53 osoby w piankach pływają na deskach. Czekam aż wyjdą. Nie wyglądają na studentów. Inna kultura pracy, wyluzowani szefowie czy przedstawiciele wolnych zawodów?

Te grupki w parku to dlatego, że ludzie mają przerwę w pracy. To tutaj normalna rzecz. Nie wiem jak obecnie wygląda kwestia przerw w Polsce, ale jak jeszcze tam pracowałam to mieliśmy 15 minut na drugie śniadanie. W Australii przerwa trwa 30 minut albo godzinę – zależy od firmy – i na ten czas lud masowo wylewa się z biur. Idą do parku, knajpki, coś załatwić w banku, spotkać się ze znajomymi, na jogging albo do fitness klubu.

W poprzedniej pracy dosyć regularnie robiliśmy sobie całym zespołem 2-godzinne przerwy w piątki. Szliśmy wtedy na lancz do pubu albo do pobliskiej restauracji. Na pewno pomagało to że nasz szef na stałe pracował w biurze w Melbourne, a do Sydney przyjeżdzał dwa razy w miesiącu na kilka dni :) Ktoś się może oburzyć, że nadużywaliśmy dobroci naszego pracodawcy, ale w Australii kultura pracy jest inna niż w Polsce.

Zaraz jakiś Polak mieszkający w Oz napisze pewnie w komentarzu, że jak śmiem tak mówić, że się nie znam, ale co mi – napiszę co myślę, bo na swoim blogu przecież mogę :) A myślę (nie tylko jak, ale także 90% moich polskich znajomych w Australii), że produktywność jest tutaj niekoniecznie wysoka, a ludzie niekoniecznie poświęcają się pracy tak jak to się często robi w Polsce. Nie wszyscy i nie we wszystkich firmach, ale tam gdzie pracowałam ja, P. i 90% moich znajomych tak właśnie jest/było. Jeśli jednak komuś zależy na zawrotnym tempie pracy to takie firmy też są. I generalnie bardzo mi odpowiada ta możliwość wyboru. Bo jak mam wybierać między bardzo intensywną i mniej intensywną pracą, to zawsze wezmę to drugie :) Tym bardziej, że i tu i tu można godnie zarobić na życie. Między innymi dlatego mieszkam w Australii, a nie w Polsce :)

A skąd ci serferzy na Bondi o godzinie 16? Opcji jest kilka: a) pracują wieczorami (nie wszyscy muszą przecież tkwić przed komputerem od 9 do 17), b) zaczynają pracę wcześnie rano, i dlatego wcześniej kończą, c) nie pracują.

Kilka słów na temat opcji c. Nie raz słyszałam, że powszechne wśród miłośników serfingu jest wynajmowanie domu w jakąś hurtową liczbę osób (dzięki czemu koszty są niskie), i utrzymywaniu się z zasiłku dla bezrobotnych plus ewentualnie jakiś fuch na boku.  Nie wiem ile w tym prawdy, ale jestem skłonna w to uwierzyć.

Życie zawodowe w OZ daje radę :)

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze
Po drugie
Po trzecie
Po czwarte

Po czwarte – bogactwo i różnorodność kulinarna w supermarketach

26 Paźdź

Po czwarte – to bogactwo i różnorodność kulinarna dotyczy również supermarketu. W sekcji warzywa i owoce – 21 rodzajów sałat, dwa rodzaje brokułów – normalne i mini, osiem gatunków świeżych ziół, z czego połowy nie znam. Jest też droższa wersja bananów – mają zabezpieczone czerwoną laką końcówki. W dziale „organic” można spędzić pół dnia. Na półkach z prasą rozpychają się gazety o gotowaniu: Delicious! Taste, Food Ideas. To chyba jednak obsesja.

Wszystko zależy od tego czego się szuka.

Ale zacznijmy od wyboru samych supermarketów. Ten jest śmiesznie mały. Mamy tu zaledwie dwie ogólnokrajowe sieci – Coles oraz Woolworths (w niektórych stanach znany jako Safeway). Jest też kilka małych sieci jak IGA czy ALDI, ale jest tego niewiele. Tak więc przeciętna osoba ma do wyboru jednego z dwóch gigantów. Że konkurencja jest w związku z tym niewielka, to cenowo nie jest za ciekawie. Jest po prostu drogo.

A wybór w supermarketach? W przeciętnym Coles’ie albo Woolworths’ie jest on według mnie marny. Owszem, jest nienajgorzej (w porównaniu z Polską) wyposażona sekcja azjatycka, ale na tym kończy się w moim odczuciu wyższość supermarketów australijskich nad polskimi. Ja wiem, że moja opinia jest daleka od obiektywizmu, bo jako obywatelka Szacownej Rzeczypospolitej mam takie a nie inne gusta kulinarne, niemniej jednak stwierdzam, że przeciętne Tesco czy Auchan w Polsce bije na głowę najlepiej wyposażonego Coles’a w Australii. Tutaj wybór w takich sekcjach jak nabiał, soki, wody mineralne czy wędliny jest po prostu żałosny (z polskiego punktu widzenia).

Na szczęście jest niewielka sieć pod tytułem Harris Farm. Ma to tutaj status supermarketu typu ‚delikatesy’, czyli z założenia towary są bardziej luksusowe, że się tak wyrażę. Za tym niestety idą wysokie ceny. ‚Luksusowość’ towarów to także kwestia punktu odniesienia. Bo 90% zaopatrzenia przeciętnego Harris Farms znajduje się na wyposażeniu najzwyklejszego supermarketu w Polandii. Dla Australijczyka takie produkty jak pachnące wędliny, żółty ser z dziurami czy marmolada (że o kapuście kiszonej nie wspomnę) to rarytasy. Dla mnie to normalne produkty, więc wkurza mnie, że trzeba za nie tutaj płacić ekstra. Taki urok życia na prowincji świata.

Jak się mają kwestie owocowo-warzywne? Wydaje mi się, że podobnie jak w Polsce. Owszem, sporo w OZ egzotycznych cudów, ale to specyfika regionalna. I na dobrą sprawę te wszystkie manga, papaje, ananasy i inne mangustyny dostać można też w Ojczyźnie, choć pewnie cena trochę inna.

Za to fani kuchni azjatyckiej nie mogą w Australii narzekać. Mini-marketów prowadzonych przez Chińczyków/Koreańczyków/Wietnamczyków/Tajów i innych azjatów jest zatrzęsienie i można w nich dostać wszelkie cuda. Dla odmiany prawdziwy twaróg dostać można tylko w sklepach polskich tudzież rosyjskich, a tych niestety wiele nie ma :(

Co tu dużo mówić – życie w Australii to dobre życie, ale zakupy spożywcze są o wiele bardziej ekscytujące w Polsce.

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze
Po drugie
Po trzecie

Po trzecie – małe lokalne kafejki pękają w szwach

10 Paźdź

Po trzecie – małe lokalne kafejki pękają w szwach od rana do wieczora. Klienci są na „ty” z kelnerami i każdy zamawia „to co zawsze”. Tutaj je się śniadanie i lunch. Kolację w restauracji. Na każdej ulicy jest ich, co najmniej kilka: tajska, indyjska, malezyjska, japońska. Sushi jest tańsze od McDonalda!

Coś  w tym jest. Australijczycy lubią jeść i pić na tzw. mieście. Nie wiem czy to wynika z awersji do gotowania w domu, lenistwa, wygody, czy też może ludzie mają za dużo pieniędzy. To samo ma się do kupowania kawy, co jest w Sydney porannym rytuałem dla tysięcy. Zupełnie nie pojmuję dleczego ludzie gotowi są czekać na kawę w długich kolejkach i jeszcze płacić za to $3, ale ja pewnie jestem najgorszą osobą do wygłaszania na ten temat opinii, bo kawy nie lubię i jej nie piję.

Kafejek jest rzeczywiście sporo, i większość pęka w szwach w porze śniadania i lanczu. Wieczorami ludzie przenoszą się do restauracji (kafejki z reguły zamykają się koło 17.00), choć te w dni powszednie niekoniecznie są bardzo oblegane, za to w weekendy wieczorem w wielu miejscach ciężko o miejsce, jeśli nie ma się rezerwacji.

Wybór jest spory. Można zjeść dosłownie wszystko. W największej ilości występują lokale tajskie, chińskie i japońskie. Jest bardzo dużo restauracji z kuchnią indyjską, bliskowschodnią i europejską. Ale można też znaleźć restauracje peruwiańskie, kenijskie czy kubańską. Do wyboru do koloru.

 

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze
Po drugie

Po drugie – dużo kobiet z małymi dziećmi

1 Paźdź

Po drugie – dużo kobiet z małymi dziećmi. W parkach, nad zatoką, w kawiarniach. Biesiadują na kocach na trawie albo biegną jedna za drugą ze sportowym wózkiem. Karmią piersią – na ławkach, w kawiarniach, na promie. Większość w okolicach czterdziestki. Zbieg okoliczności czy tutaj o rodzinie myśli się później?

Tak, o rodzinie myśli się tutaj później niż w Polsce.  Znalazłam statystyki, według których przeciętna Australijka rodzi pierwsze dziecko w wieku 30,7 lat (dane z 207 roku). Dla porównania w Polsce ten wiek to 26 lat. Nie potrafię do końca wytłumaczyć dlaczego, ale odnoszę wrażenie, że tutaj młodość trwa jakby dłużej. Ludzie odkładają w czasie wszelkie możliwe zobowiązania, w tym założenie rodziny. Powszechne są związki nieformalne (tzw. de facto), które  mają taki sam status prawny jak małżeństwa (wspólne rozliczanie się z podatków, dziedziczenie itp), i dla tego wiele par żyje bez ślubu albo odkłada go w nieskończoność. Najbardziej znaną przedstawicielką tej grupy jak obecna premier Australii Julia Gillard. W Polsce opinia publiczna i przeciwnicy polityczni pewnie by taką osobę słownie zlinczowali, ale tutaj na mało kim robi to jakieś większe wrażenie.

Inna sprawa jest taka, że tutejsze kobiety są badzo niezależne i zanim zdecydują się na dziecko chcą poświęcić się tzw. karierze. Oczywiście nie pomaga także fakt, że na dzień dzisiejszy urlop macierzyński jest bezpłatny (a taki to niby cywilizowany kraj), chyba że pracodawca ma gest, a tacy pracodawcy są w mniejszości. Więc w sumie zrozumiałe jest to, że kobiety chcą osiągnąć jakąś tam stabilizację finansową zanim zdecydują się na dziecko. Bo posiadanie dziecka w Australii nie jest tanie.  Przykład? Wyobraźcie sobie, że dzień pobytu dziecka w przedszkolu czy żłobku (wszystkie są prywatne) kosztuje jakieś $80….

Politycy poszli jednak po rozum do głowy i w 2009 roku rząd zdecydował o wprowadzeniu płanego urlop macierzyńskiego (prawo wchodzi w życie 1 stycznia 2011). Tak więc za kilka miesięcy zaczyna się wielka rewolucja – nadal rok wolnego, ale 18 tygodni będzie płatne na poziomie najniższej pensji, czyli jakieś $570 tygodniowo brutto (po 18-tym tygodniu trzeba sobie radzić samemu).

 

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze

%d blogerów lubi to: