Po czwarte – bogactwo i różnorodność kulinarna w supermarketach

26 Paźdź

Po czwarte – to bogactwo i różnorodność kulinarna dotyczy również supermarketu. W sekcji warzywa i owoce – 21 rodzajów sałat, dwa rodzaje brokułów – normalne i mini, osiem gatunków świeżych ziół, z czego połowy nie znam. Jest też droższa wersja bananów – mają zabezpieczone czerwoną laką końcówki. W dziale „organic” można spędzić pół dnia. Na półkach z prasą rozpychają się gazety o gotowaniu: Delicious! Taste, Food Ideas. To chyba jednak obsesja.

Wszystko zależy od tego czego się szuka.

Ale zacznijmy od wyboru samych supermarketów. Ten jest śmiesznie mały. Mamy tu zaledwie dwie ogólnokrajowe sieci – Coles oraz Woolworths (w niektórych stanach znany jako Safeway). Jest też kilka małych sieci jak IGA czy ALDI, ale jest tego niewiele. Tak więc przeciętna osoba ma do wyboru jednego z dwóch gigantów. Że konkurencja jest w związku z tym niewielka, to cenowo nie jest za ciekawie. Jest po prostu drogo.

A wybór w supermarketach? W przeciętnym Coles’ie albo Woolworths’ie jest on według mnie marny. Owszem, jest nienajgorzej (w porównaniu z Polską) wyposażona sekcja azjatycka, ale na tym kończy się w moim odczuciu wyższość supermarketów australijskich nad polskimi. Ja wiem, że moja opinia jest daleka od obiektywizmu, bo jako obywatelka Szacownej Rzeczypospolitej mam takie a nie inne gusta kulinarne, niemniej jednak stwierdzam, że przeciętne Tesco czy Auchan w Polsce bije na głowę najlepiej wyposażonego Coles’a w Australii. Tutaj wybór w takich sekcjach jak nabiał, soki, wody mineralne czy wędliny jest po prostu żałosny (z polskiego punktu widzenia).

Na szczęście jest niewielka sieć pod tytułem Harris Farm. Ma to tutaj status supermarketu typu ‚delikatesy’, czyli z założenia towary są bardziej luksusowe, że się tak wyrażę. Za tym niestety idą wysokie ceny. ‚Luksusowość’ towarów to także kwestia punktu odniesienia. Bo 90% zaopatrzenia przeciętnego Harris Farms znajduje się na wyposażeniu najzwyklejszego supermarketu w Polandii. Dla Australijczyka takie produkty jak pachnące wędliny, żółty ser z dziurami czy marmolada (że o kapuście kiszonej nie wspomnę) to rarytasy. Dla mnie to normalne produkty, więc wkurza mnie, że trzeba za nie tutaj płacić ekstra. Taki urok życia na prowincji świata.

Jak się mają kwestie owocowo-warzywne? Wydaje mi się, że podobnie jak w Polsce. Owszem, sporo w OZ egzotycznych cudów, ale to specyfika regionalna. I na dobrą sprawę te wszystkie manga, papaje, ananasy i inne mangustyny dostać można też w Ojczyźnie, choć pewnie cena trochę inna.

Za to fani kuchni azjatyckiej nie mogą w Australii narzekać. Mini-marketów prowadzonych przez Chińczyków/Koreańczyków/Wietnamczyków/Tajów i innych azjatów jest zatrzęsienie i można w nich dostać wszelkie cuda. Dla odmiany prawdziwy twaróg dostać można tylko w sklepach polskich tudzież rosyjskich, a tych niestety wiele nie ma :(

Co tu dużo mówić – życie w Australii to dobre życie, ale zakupy spożywcze są o wiele bardziej ekscytujące w Polsce.

_____________________________________________________________________________________________________________

Poprzednie odcinki z serii 9 rzeczy, które powinniście wiedzieć o Australii:

Wprowadzenie
Po pierwsze
Po drugie
Po trzecie

Reklamy

Komentarzy 16 to “Po czwarte – bogactwo i różnorodność kulinarna w supermarketach”

  1. Cabra Loca 26 października 2010 @ 12:54 #

    Twarog mozna dostac w wiekszosci delis (delicatessen) i jest go kilka rodzajow – wiekszosc fruit and vegetable shops ma sekcje z serami. Ser zolty za dziurkami tez jest w kazdym deli – nikt nie kupuje wedlin w supermarkecie.

    Powinnas napisac o wyborze serow ktory jest tu o wiele wiekszy niz w Polsce – jako ze Grecy i Wlosi maja bardzo dobrze wyposazone deli shops. IGA to tylko jedna z malych sieci, w kazdym stanie jest jeszcze po kilka innych.

    Pachnace wedliny ? Pachnace czosnkiem chyba – nie kazdy marzy o takich zapachach. Polskie wedliny sa zbyt procesowane i niezdrowe(za duzo soli i saletry) – w Australii gdzie tanio mozna kupic bardzo dobre swieze mieso, nikt nie bedzie jadl „rarytasow” powodujacych raka jelita grubego

    Wedlina z Tesco ?! to absolutny shit, tak samo jak stare ryby. Na szczescie w Polsce pojawiaja sie sieci sklepow z wedlinami, przewaznie powiazane w wytworniami.

    Wybor nabialu jest w Polsce wiekszy, ale to dlatego ze w biedym kraju gdzie chlop je mieso jak kura zdechnie albo cos ja przejedzie, ludzie jedza wiecej nabialu. Na nic innego ich nie stac. Jak sie krowe zje jako steki – to nie bedzie mleka ani sera.

    • Magda 26 października 2010 @ 13:23 #

      Nie chce mi się pisać długiej odpowiedzi, więc zacytuję tylko fragment powyższego tekstu, który mówi chyba sam za siebie:

      „Ja wiem, że moja opinia jest daleka od obiektywizmu, bo jako obywatelka Szacownej Rzeczypospolitej mam takie a nie inne gusta kulinarne (…)”

      i jeszcze to ze strony ‚O blogu’

      „Blog zawiera treści oparte na moich poglądach (…)”

    • Krowa bez karabina? 27 października 2010 @ 01:04 #

      Kolega jakby się nie podpisał to po stylu wiadomo o kogo chodzi, hehe.
      Magda ma absolutną rację w tym co pisze. Pod kątem wędlin i serów Australia jest zaściankiem porównując z Polską. Jednak można sobie jakoś radzić. Względnie dobre wędliny można oczywiście znaleźć, jednak wybór w porównaniu z Polską jest wręcz żaden, a ceny z kosmosu. To samo z serami.
      O nabiale nawet szkoda gadać. Do jogurtów śmierdzących jakimś proszkiem idzie się przyzwyczaić, zresztą nie tylko australijski nabiał jest gorszy od polskiego.

      Aha, żeby cokolwiek sensownego zjeść to trzeba mieszkać w Melbourne lub, trochę gorzej, Sydney. W małych wiochach natomiast w sklepach jest tylko jedzenie bez smaku, w stylu, rzekłbym, angielskim.

    • Paula 27 października 2010 @ 09:16 #

      Witaj!

      Dostałam link do Twojego bloga od znajomej. Weszłam z ciekawości. I wiesz co. Trochę się oburzyłam, bo widzę że jesteś kolejną reprezentantką grupy „maruderzy”.

      Słusznie zauwazyłaś że „Dla Australijczyka takie produkty jak pachnące wędliny, żółty ser z dziurami czy marmolada (że o kapuście kiszonej nie wspomnę) to rarytasy”. Podobnie jak dla Ciebie, tak i dla mnie to „normalne produkty”. I faktem jest, że ich ceny są wysokie. Nie wiem skąd jesteś (w Polsce) ale ja mieszkając w dużym mieście nie jadłam tak dobrych serow z tzw. „niskiej półki”.

      Co do cen to chyb normalna cecha rynku, że jeśli czegos jest mało to jest drogie. Ciebie wkurza cena sera? To jedz mango. Napisałaś że w Polce też mamy mango. Ciekawe. Trufle też mamy i co z tego, jeśli połowa ludzi kupuje mango czy papaję raz na jakiś czas lub wcale. Bo zwyczajnie sa drogie. Tutaj owoce są na porządku dziennym. Dla Polaka w Polsce są rarytasem. Wszystko jest tutaj inne ale nie znaczy że gorsze. Dla mnie lepsze.

      Kupując najtańsze jedzenie klient otrzymuje jakość. Australijczyk nie kupi czegoś co nie spełnia jego oczekiwań. Nawet jeśli ma za to zapłacic grosze. W Polsce zywność „sieciowa” często znaczy „okropieństwo”. Tani makaron nie da się ugotować al dente. Jest twardy a za minutę jak papka. A tutaj? Sama pewnie wiesz. I tak jest ze wszystkim.

      Musiałam zabrać głos bo dostaję alergii czytając/słuchając narzekań Polaków jak to strasznie brakuje im poskiej kiełbasy. A tutejsza to co? Gorsza? Zajrzyj na etykietę. Najtańsza kiełbasa z marketu ma 80% mięsa. Nie kapie z niej tłuszcz i pachnie. Polska z „tej samej półki” cenowej to zwykły badziew i tyle. To samo z chlebem. Nie ma tu dobrego pieczywa? Skoro ktos chce dobry chleb za 1 dolara to może i nie ma. Ale u nas „kołodziej” czy jakiś inny z ziarnami tez nie kosztuje 1 PLN.

      aaa, i na koniec. Błagam! Nie pisz że jesteś na prowincji świata. Prowincję zostawiłaś z chwilą kiedy weszłas na pokład samolotu ;-)

      Pozdrawiam serdecznie.
      Paula

      • Magda 27 października 2010 @ 10:39 #

        Niesamowite ile emocji potrafi wywołać niby nieszkodliwy post o tak przyziemnym temacie jak zakupy spożywcze ;)

        Po pierwsze – nie chce mi się powtarzać, ale to zrobię: „Blog zawiera treści oparte na moich poglądach (…)”. A to oznacza, że to co piszę to jest moja opinia, a nie jedyna prawda, z którą każdy musi się zgadzać. Dlatego nie rozumiem dlaczego się oburzasz. Dlatego, że mam inne zdanie niż Ty? Uważam, że życie tutaj jest bardzo dobre, o wiele łatwiejsze niż w Polsce, ale to nie znaczy, że wszystko musi mi się podobać, że wszystkim mam się zachwycać.

        Po drugie – o gustach się nie dyskutuje. Ja wolę polską kiełbasę, Ty wolisz australijską; ja wolę ser w Polsce, Ty w Australii. O chlebie nic nie pisałam, więc nie wiem czemu mnie między wierszami oskarżasz, że chleba w OZ też nie lubię. Dla mnie Australia to prowincja świata, dla Ciebie Polska nią jest. Rzecz w tym, że ja lubię tę prowincjonalność i nie jest ona dla mnie niczym złym.

        Bardzo proszę, żeby Czytelnicy – szczególnie ci mieszkający w Australii i mający odmienne ode mnie zdanie – nie traktowali moich wypowiedzi jako wyzwania dla siebie. Każdy żyje tak jak chce, lubi to co lubi, i jeśli ma bloga to pisze na nim o tym o czym chce :)

  2. magda 26 października 2010 @ 12:56 #

    Trochę się zdziwiłam,że jednak tak kolorowo z supermarketami nie jest.
    Co prawda,jako że kuchnie azjatycką lubię bardzo,to widok dobrze zaopatrzonego działu orientalnego wywoływałby uśmiech..
    …jednak za polskim jedzeniem ,prędzej czy później, bym zatęskniła, a płacenie śmiesznie wysokich cen za coś,co u nas można dostać za grosze uśmiech z twarzy by szybko zmyło :D
    pozdrawiam

    • Magda 26 października 2010 @ 13:26 #

      Jeśli chodzi o towary typowo polskie to można je dostać, ale w zależności od tego gdzie się mieszka ich zdobycie wiąże się z większym lub mniejszym wysiłkiem. Mieszkałam przez dwa lata dosłownie 200m od polskiego sklepu, więc regularnie zaopatrywaliśm się w pyszne frankfuterki, szynkę, kaszankę i wspaniały twaróg (wszystko wyrobu Polaków w Australii), a do tego ptasie mleczko, pączki itp., ale niestety sklep już nie istnieje, więc teraz rzadziej mamy takie rarytasy :(

      • Lucy 28 października 2010 @ 00:08 #

        Tez dorzuce troche do dyskusji. Ja uwazam ze w Melbourne wybor w supermarketach jest dosc duzy w Melbourne – te „rarytasy” o ktorych Magda pisala sa dostepne w supermarketach, ale ich dostepnosc zalezy od miejsca, gdzie sie supermarket znajduje. Jesli chodzi o sklepy polskie to w Melbourne jest ich dosc duzo. Jesli chodzi o porownanie z Polska to osobiscie polska szynka mi tu bardziej smakuje niz w Polsce, ale jak juz zostalo wyzej wspomniane w dyskusji w Polsce sie jadalo raczej z „niskiej polki” zwlaszcza za czasow studenckich. Fajnie ze blog wywoluje dyskusje – dobra robota Magda! tak trzymaj!

  3. JacekG 27 października 2010 @ 19:51 #

    Magda – bardzo uczciwe wyważone opinie. Jak zwykle dowali każdemu po trochu – i Australii i Polsce :)

    Natomiast reszta – typowe gadanie emigrantów, którzy aby usprawiedliwić swoją emigrację, próbują skontrastować ze sobą 2 kraje, udawadniając jak wielkiego skoku dokonali. Czyli najlepiej – wyolbrzymić wady Polski i podkoloryzować zalety Australii.

  4. Przemek 28 października 2010 @ 00:15 #

    Dwa słowa do Pauli z alergią: Magda wyjechała z zamiarem opuszczenia Australii, prawie 2 lata spędziła zwiedzając świat, żeby na koniec stwierdzić, że jednak Australia nadaje się do życia najbardziej.
    Toż to jest najlepsza rekomendacja, żywa chodząca reklama Australii, panna premier powinna ją na etat wziąć.

    Też mieszkam w Australii i nie brakuje mi polskiej kiełbasy, bo wiem gdzie ją kupić. To nie zmienia jednak faktu, że w Polsce wędliny są o niebo lepsze, dużo tańsze i w nieporównywalnie większym wyborze. To jest bardzo prosty fakt i każdy średnio przytomny człowiek to widzi gdy wejdzie do sklepu w obu krajach bez klapek na oczach. Gdyby ten jeden fakt miał decydować o miejscu zamieszkania to by mnie już tutaj nie było.
    Jednak nie samą kiełbasą żyje człowiek.

    Życzę więcej dystansu do otoczenia.

  5. Ula 29 października 2010 @ 14:57 #

    Safeway mialam w Kalifornii i grrr nie lubilam tego sklepu. Kojarzy mi sie z Biedronka, a jak patrzylam na ich owoce i warzywa, to mialam wrazenie, ze wszystko jest totalnie chemiczne;)).

    W ogole jak tak czytam Wasze posty, to zastanawiam sie na ile Australia rozni sie od Stanow, bo z opisow wynika, ze w sumie to niewiele;)).

    • Magda 30 października 2010 @ 01:40 #

      W Stanach (jeszcze) nie byłam, znam je tylko z tv i z prasy. Ale Amerykanie, których znam (a znam kilku) są bardzo inni od Australijczyków. I choćby na tej podstawie myślę, że mogę dosyć pewnie powiedzieć, że Stany i Australia to są jednak dosyć odmienne światy. Inna kultura, inna tradycja, inny styl życia. I tak dalej.

      • Ula 31 października 2010 @ 01:53 #

        Nie no jasne, ale na pewno blizej Australii do Stanow (jak i reszty anglojezycznych) niz do wiekszosci krajow. Slyszalam tez, ze Kalifornia w duzej mierze przypomina Australie, nie tylko pod wzgledem przyrody, ale tez ludzi.

  6. Andrzej 1 listopada 2010 @ 03:48 #

    W Azji czasem przychodziła ochotą na odwiedzenie supermarketu i kupienie czegoś „z półki”. Jak już jestem przy tych półkach w OZ, to zaczynam tęsknić za Azją i jej świeżutkimi owocami, warzywami. Nie wiem jak dalej w Australii, ale w marketach w Darwin widać z daleka, że owoce są super sztuczne, warzywa też.

    Zaś moje pierwsze zupełnie świeże wrażenie z Darwin i okolic to: „rety, jak tu podobnie do scen z amerykańskich filmów”. Oczywiście ostrożny bym był, aby te kraje porównywać, bo oba mają zapewne setki twarzy, jednak kulturowo to właśnie mi się wydają bardzo podobne.

    • Magda 1 listopada 2010 @ 04:08 #

      Witam w Australii!
      Jak sie pewnie juz niedlugo przekonasz Darwin nie jest najbardziej reprezentacyjnym miastem w OZ. Wieje nuda i malo sie dzieje. Bylam tam co prawda tylko przez tydzien, ale wystarczylo, zeby sie przekonac, ze zycie w takim miescie nie ma zbyt wielu atrakcji – takze kulinarnych czy zakupowych.
      Co do owocow i warzyw to Azja jest zdecydowanie numero uno na swiecie (na tym swiecie, ktory mialam do tej pory okazje zobaczyc). Ale jesli uda ci sie trafic w OZ targ owocowo-warzywny prowadzony przez Azjatow (np. Paddy’s Market w Sydney) to poczujesz troche te azjatyckie klimaty :)

  7. Ania 17 lutego 2011 @ 06:19 #

    Faktycznie duzo emocji wywolal Twoj post :-)))
    Ja tylko chcialam wtracic cos odnosnie twarogu. Nie wiem , jak gdzie indziej, ale na Bondi Junction w obu supermarketach Coles w dziale Deli, jest codziennie twarog. Albo zapakowany w sekcji z koszernym jedzeniem. Do tego nawet wybor – chudy lub tlusty:-)
    Co do kielbasy i wedlin, faktycznie zgodze sie, ze sa beznadziejne, mam wrazenie, ze same konserwanty. Na szczescie mozna dostac tez dobre, oczywiscie w odpowiednio wyzszej cenie:-)
    Pozdrawiam:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s